piątek, 12 lipca 2013

UWAGA! OGŁOSZENIE!

A więc jeśli wchodzisz na mojego bloga powinieneś/powinnaś zajrzeć również na te:
http://babeczki-szopa-pracza.blogspot.com/ Najlepszy blog o babeczkach ever!!!
http://oni-konie.blogspot.com/ Coś o czworonożnych pięknościach :)

Miłego czytania :**

PS: Trochę reklam musi być :) Ale nie martwcie się, w Polsat albo w TVN się nie zmienię xD

Rozdział 15

~Justyna~

Syknęłam z bólu. Upadając, uderzyłam się w łokieć. Rozejrzałam się. Moi przyjaciele rozcierali różne miejsca. Wyjątkiem był Zawisza Czarny – chroniła go zbroja.
- Co tak śmierdzi? – Spytała Kasia. Spojrzeliśmy na ulicę. Była pokryta czymś brązowoszarym i cuchnęła okropnie.
-Myślę, że rozsądniej byłoby wstać.- Powiedziałam. Wszyscy poderwali się i otrzepali z obrzydzeniem.
- Nie wnikam, co to jest. – Rzekł Max.
- Przynajmniej wylądowaliśmy w średniowieczu. – Powiedziałam.
- Skąd wiesz – zapytał Franek.
- Czytało się to i owo. – Wzięliśmy teleporter i poszliśmy. Tradycyjnie, wszyscy ludzie patrzyli na nas jak na ufoludków. Winowajcą był – jak zwykle – strój. Tutejsze kobiety nosiły suknie z licznymi fałdami, długie pończochy, skórzane trzewiki oraz wysokie czapki zwane hennin. Mężczyźni ubierali wysokie nogawice lub krótkie spodnie i pończochy oraz długie tuniki. Większość osób miała zdobione pasy ozdobione złotymi klamrami. Wszyscy byli niscy i szczupli. Używali perfum, które maskowały brzydki zapach ciała.
- Właściwie, to gdzie my idziemy? – Zapytał Max.
- Odprowadzimy gdzieś Zawiszę i poczekamy, aż teleporter się naładuje. – Odparła Justyna. Nagle zza rogu wyszła jakaś grupa ludzi. Byli ubrani nieco lepiej niż inni. Zatrzymali się przed nami i popatrzyli na Zawiszę.
- Zawisza! – Wykrzyknęli (byli chyba pijani).
- Towarzysze! – Odkrzyknął wojak i poszedł gdzieś z nimi zostawiając nas na ulicy. Próbował nas ze sobą zabrać, ale jego przyjaciele zagarnęli go i zaprowadzili gdzieś. Zatkało nas.
- Może chodźmy za nimi, co? I tak musimy poczekać. – Zaproponowała Kasia. Nie był to zły pomysł. Podążaliśmy za mężczyznami aż dotarliśmy do jakiegoś domu. W środku było chyba jakieś przyjęcie, bo dobiegały stamtąd różne śmiechy i chichy. Po powitaniu rycerza (który zapewne został uznany za zaginionego) goście zaczęli ucztować. Na stół wniesiono przeróżne pieczenie, rolady, owoce i inne smaczne rzeczy. Gdyby nie to, że jakiś czas temu napchaliśmy się hamburgerami, pewnie bylibyśmy teraz naprawdę głodni.  Ku zdziwieniu moich przyjaciół ludzie jedli palcami, a jako talerzy używali grubych, okrągłych kromek chleba. Niektórzy ludzie rzucali resztki psom, które wałęsały się po pomieszczeniu. Wyjaśniłam towarzyszom, że to co oni robią jest najzupełniej normalne i w tym okresie każdy tak robi. Wyszliśmy na zewnątrz. Zaczęliśmy spacerować po mieście. Po drodze opowiadałam ciekawostki o rycerzach i średniowieczu. Nagle, ktoś wychylił się z okna i wylał z wiadra coś na ziemię. Nie pachniało jak róże. Wręcz przeciwnie. To były najprawdziwsze ścieki.
- To też jest normalne? – Zapytał zielony na twarz Max.
- Niestety tak. – Odpowiedziałam niepewnie. – Myślę, że to, po czym chodzimy ma podobną zawartość. – Wszyscy momentalnie pobladli.
- Wiecie co? Ja bym już się zmywała. Zrobiło mi się niedobrze. – Rzekła Kasia.

- Podpisuję się obiema rękami. – Odparł zniesmaczony Franek. Wyjął z plecaka teleporter. Przycisk świecił na zielono. Złapaliśmy się za ręce i wcisnęliśmy przycisk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wracam po przerwie :)
Postaram się dodawać rozdziały regularnie ;*
Komentować!!!! ;)

niedziela, 9 czerwca 2013

Rozdział 14


~Kasia~

- Wszyscy cali? – spytałam po dość twardym lądowaniu.
- Nie. – powiedział Max z przekąsem. – Wtedy było na trawę, to teraz musi być beton. –
- Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. – pocieszyła go Justyna.
- Szanowni towarzysze, czy rzeklibyście mi gdzie jesteśmy? – powiedział jakiś męski głos.
- Co? - spytał Max zdziwiony. Odwróciliśmy się. Przed nami na pięknym i potężnym karym koniu siedział rycerz w lśniącej, czarnej zbroi.
- Kto to jest? – spytałam Justynę szeptem.
- Zawisza Czarny. – westchnęła.
- Jeszcze jego tu brakowało. – powiedział Max.
- Gdzie mógłbym napoić mego wierzchowca? – zapytał.
- Musimy się naradzić. Racz poczekać ….. yyyymm ….. dostojny … panie. –wydukał Franek.
- „Racz poczekać dostojny panie”? Odbiło ci?! – rzekł Max zdziwiony.
- A co, miałem powiedzieć „Siema ziomal! Czekaj mołment po pogadać musimy”? – odparł.
- Chłopaki! Musimy coś wymyślić. – przywołałam ich do porządku.
- Najpierw zajmijmy się jego ubraniem. Potem zajmiemy się koniem. Znam jedną panią, która ma stadninę. – zaproponowała Justyna.
- Dobry pomysł. A w ogóle gdzie i kiedy jesteśmy? – spytałam.
- To jest najgorsze. Wydaje mi się, że gdzieś we współczesności, ale nie możemy tu zostać, bo musimy go odeskortować do tamtych czasów. – odrzekł Fanek. – Nie zostawimy go. Prawda Max? – Ten przytaknął niechętnie. Odwróciliśmy się. Opowiedzieliśmy mężczyźnie o naszym planie siląc się na archaistyczny ton. Ten zgodził się. Po drodze wszyscy ludzie oglądali się za nami i rzucali zdziwione spojrzenia. Niektórzy komentowali szeptem. Ustaliliśmy, że pójdziemy do domu Justyny i tam go przebierzemy. Gdy dotarliśmy na miejsce dziewczyna rozejrzała się.
- OK. Wejdę do środka a wy… - nie skończyła bo…
- A kogo tu sprowadziłaś?- powiedziała Mama Justyny. Zupełnie nas zaskoczyła. Jej córka uratowała sytuację.
- To są moi przyjaciele. Wcześniej skończyliśmy dziś lekcje. A ten pan to … eee …. Pan z kółka historycznego. Miał dzisiaj rekonstrukcję jakieś bitwy. Przyszliśmy razem bo … chcieliśmy razem odrobić pracę domową, a ten pan …. strasznie chciało mu się pić, a nie mieliśmy pieniędzy. Więc …. no.-
- Proszę wejdźcie do środka.- Justyna dała nam dyskretny znak ręką, żeby nie wchodzić.
- Nie, nie, dziękujemy. Poczekamy tutaj. Prosimy tylko o jakieś picie. – powiedział Franek. Spojrzał w bok i zrobił wielkie oczy. Podszedł do Maxa i ostrożnie schował butelkę wody z zewnętrznej kieszeni jego plecaka i włożył ją do środka.
 - Gdzie masz ten zeszyt od angielskiego? Muszę coś sprawdzić. – chłopak udał, że szuka czegoś w środku.
- Co? – spytał zdziwiony. Franek dał mu kuksańca w żebra.
- Aaa, tam jest. –spiorunował go wzrokiem. Justyna i jej mama weszły do domu. Po chwili wyszły. Kobieta trzymała szklankę z sokiem a dziewczyna miała bardzo wypchany plecak.
- Ubrania. – pomyślałam. – Oby pasowały! –
- Dziękuję ci, o pani. Wyśmienity napitek. Doskonale gasi pragnienie. – powiedział wojak i pocałował jej rękę. Zarówno ona jak i my byliśmy skamieniali.
- Wczuł się w rolę. – wymyślił Franek uśmiechając się uprzejmie. Jego uśmiech zazwyczaj łagodził wszelkie konflikty i kłopotliwe sytuacje. Tutaj też zadziałało. Kobieta uspokoiła się. Chyba zaczynała coś podejrzewać.
- To my już pójdziemy. Odprowadzimy pana do szkoły. – Pożegnaliśmy się i odeszliśmy.
- Ale nam się udało. – odsapnął Max z ulgą.
- No, całe szczęście. Chodźmy teraz napoić jego konia. – powiedziałam. Po drodze zaczęliśmy gadać o teleporterze.
- Czemu tak długo się ładuje? – zapytałam.
- Ostatnio intensywnie go używaliśmy. Pewnie trochę to potrwa. Zastanawiam się, czy to nam jakoś nie zaszkodzi. – odpowiedział Franek. Nikt nie umiała odpowiedzieć. Skierowaliśmy kroki do mojego domu. Zapewniłam, że nikogo tam nie ma. Pojawił się za to inny problem. Przekonanie psów, że Zawisza i chłopacy to przyjaciele, a nie złodzieje, którzy chcą okraść nasz dom nie było łatwe. Potrwało to 15 minut a przydatne okazały się psie przysmaki. Później chłopcy zaprowadzili rycerza do łazienki i pomogli mu się przebrać. Po jakimś czasie wyszli z minami „To nie miało być tak.”. Za nimi z pomieszczenia wyszedł mężczyzna. Dżinsy i koszulka były bardzo obcisłe a nadruk….
- „Invincible Iron Man”? – spytałam z powątpiewaniem. – I do tego wygląda jak ABS*. -
-No co?  To stary t-shirt mojego taty. I w sumie to trochę prawda. – obroniła się Justyna.
- Nie, nadruk spoko. Ale rzeczywiście wygląda jak jakiś kark.- stwierdził Max.
- Lubisz Iron Mana? Ja wolę Hulka, ale on też jest spoko. – powiedział Franek.
- Zielony stwór też jest ekstra. A znasz…. –
- Ogarnijcie się! – przerwałam chłopcom pogadankę o komiksach. – Chodźmy do tej stajni. – W stadninie napoiliśmy wierzchowca. Niestety pojawił się problem, a zaraz potem drugi. Po pierwsze poczuliśmy głód. Po drugie rycerz nie chciał za nic rozstać się ze swoim czworonożnym towarzyszem.
- Nie możemy go tu zostawić. Jak ktoś go zagadnie to będzie nieciekawie. Musimy go wziąć ze sobą. – rzekł Franek. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby iść do któregoś z naszych domów, więc postanowiliśmy zatrzymać się w McDonalds’ie. Konia zostawiliśmy na zewnątrz. Na jego grzbiecie, do siodła przywiązaliśmy kartkę z napisem: „UWAGA! KOPIĘ I GRYZĘ!”. Weszliśmy do knajpy i złożyliśmy zamówienie.
***
40 minut później
- Czy mógłbym jeszcze jedną mięsną kanapkę? – zapytał rycerz.
- Kupię od razu trzy. – powiedział Max wstając od stołu.
- To będzie jego szósty hamburger! – powiedziałam zaskoczona.
- No cóż… - stwierdził Franek. Cały stolik był zapełniony papierkami. Wszyscy mieliśmy już dosyć, a wojak cały czas jadł. Nagle Justyna spojrzała w okno i otworzyła szeroko oczy.
- Chodźmy stąd. Teleporter gotowy?- powiedziała nerwowo.
- Gotowy. – Franek spojrzał na urządzenie. Przycisk świecił na zielono. – Co się stało?-
- Ciocia Leokadia. – odrzekła dziewczyna. – Jak nas zobaczy to posiedzimy tu do jutra. – Pozbieraliśmy się pospiesznie. Złapaliśmy się za ręce.
- O Justynka! Niech cię uściskam! – usłyszeliśmy piskliwy głos. Wcisnęliśmy przycisk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Obiecywałam długi i jest długi :)
Mam nadzieję, że wam się podoba. Jeśli tak, to komentujcie.
Buziaki ;**

środa, 29 maja 2013

Rozdział 13

~Max~

-Ała!- krzyknęła Kasia, uderzając w ziemię z dużej wysokości, a zawtórowała jej Justyna, która masowała obolałą kostkę.
- O jaka miła odmiana! Tym razem wylądowaliśmy na trawie. –powiedziałem, ale kiedy spróbowałem wyprostować kręgosłup, jęknąłem z bólu.
- Ciekawe tylko, gdzie dokładnie. –rzekł Franek.
- Mam nadzieję, że wylądowaliśmy we współczesności, bo…- nie dokończyłem.
- Na Grunwald!!! – zawołał ktoś.
- Co ci odwala? Franek, mów normalnie. – powiedziałem zdziwiony krzykiem kolegi.
- Ja nic nie…- on też był zaskoczony.
- Angreifen!!!*- krzyknął jakiś inny głos.
- Co u licha?!- powiedziałem.
- Kto tak krzyczy? – spytała Kasia. Wtedy się zorientowaliśmy. Z obu stron nadciągały armie. Nie wyglądały przyjaźnie.
- No nie! Czy my zawsze musimy wylądować w jakimś dziwnym miejscu? – spytała Kasia wznosząc oczy ku niebu.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? I kiedy?- spytałem.
- Prawdopodobnie 15 lipca 1410 roku. Wieś Grunwald. –odpowiedziała Justyna.
- Bitwa pod Grunwaldem. –powiedzieliśmy wspólnie, a nasze twarze momentalnie zbladły.
- Gdzie teleporter?!- byłem nieco przestraszony.
- Jak to gdzie? A ty go nie masz?-spytała przerażona Justyna.
- Nie… No co tak siedzicie, ruszcie się i zacznijcie go szukać!-krzyknęła Kasia. Wszyscy rzuciliśmy się i zaczęliśmy buszować w trawie. Tętent kopyt był już bardzo wyraźny, a szczęk zbroi coraz głośniejszy…   -    -Dobra, mam go! O kurczę! –odparł Franek.
- Co?- spytaliśmy wspólnie.
- Przycisk. Jest czerwony. – odparł Franek zduszonym głosem.
- No to jedwabiście. Zginiemy pod kopytami. I to jeszcze pewnie tymi niemieckimi. Nawet nie zdążyłem napisać testamentu. –lamentowałem.
- Nie narzekaj. Chodźcie, może uda nam się trochę odbiec.
–Zaczęliśmy biec. Wojska zbliżały się, a przycisk za nic nie chciał zmienić koloru.
- Nie mogę już biec. Padam. Kostka mi nawala – wysapała Justyna.
- No tak, biegliśmy przecież też z Holmesem. – odrzekła Kasia. Zwolniliśmy nieco, a ja złapałem Justynę z jednej strony, a Franek z drugiej. Nagle, gdy armie były już naprawdę blisko, przycisk zalśnił na zielono.       -Hej! Patrzcie! – zawołał Franek. Złapaliśmy się pospiesznie za ręce.
- Ała! Uważaj, będę miała siniaki – krzyknęła Kasia, lecz z ulgą mocniej uścisnęła nasze dłonie i razem nacisnęliśmy przycisk. Otoczenie zaczęło się rozmywać, a jeździec w czarnej zbroi na majestatycznym karym koniu, omal nas nie stratował i....

*Angreifen! (niemiecki) - Do ataku! ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tym razem trochę krótko, ale następnym razem będzie dłuższy

Rozdział 12


~ Franek ~

- Chodźcie, pobiegnijmy za nim! Może nam pomóc rozwiązać zagadkę! – powiedziałem i pobiegłem. Reszta podążyła za mną.
- Właściwie to czemu za nim gonimy?- spytał zdyszany Max.
-To Sherlock Holmes! Mistrz dedukcji. Może nam pomóc rozwiązać zagadkę teleporter!- powiedziałem.
- A jeśli to zbieżność nazwisk?- Max nie dawał za wygraną.
- A jeśli nie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Dogoniliśmy drugiego mężczyznę i spytałem go po angielsku, biegnąc.
- Przepraszam, pan to doktor Watson?-
- Skąd wiesz? – spytał zdziwiony.
- Obiło mi się o uszy… Dlaczego goni pan za swoim przyjacielem? – spytałem.
- Przyjacielem? Ładny mi przyjaciel… Znowu wziął moje pieniądze „na przechowanie”. Holmes, stój! Wredny typ… - Nagle Sherlock skręcił w lewo i wbiegł do jakiegoś domu. Podążyliśmy za nim. Spojrzałem na ścianę. Była tam przytwierdzona tabliczka z napisem „Baker ST 221b”. Weszliśmy do środka rozglądając się. Mieszkanie było dwupiętrowe. Na górę wiodły schody z ręcznie rzeźbioną poręczą. Podłoga była drewniana, przykrywał ją wzorzysty dywan. Na ścianach wisiały jakieś obrazy. Na podłodze stał mały stolik a na nim w wazonie prezentowały się kwiaty. Weszliśmy za doktorem na górę. Podszedł on do jakiś drzwi. Zapukał i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Podążyliśmy za nim do środka. Na podłodze leżały porozrzucane ubrania a na stoliku pod oknem stały specjalistyczne przyrządy.
- Ale bałagan…- powiedział Max.
- No, nawet u mnie tak nie ma. – odpowiedziałem.
- Zdaje mi się, że przyszliście do mnie po poradę, a nie po to, żeby narzekać na bałagan. – wyszeptał Holmes wprost do ucha Maxa. Chłopak odskoczył jak oparzony. Wszyscy byliśmy przestraszeni. Sherlock zaśmiał się złośliwie. Pojawił się znikąd.
- Dlaczego za mną goniłeś przyjacielu?- zwrócił się detektyw do Watsona, przykładając mu do policzka smyczek, który trzymał w ręce.
- Bo zabrałeś moje pieniądze „przyjacielu”. I zabierz to. – odpowiedział.
- Nie dałem Ci tego. –
- Weź to, czego mi nie dałeś.- *
Holmes odsunął smyczek nieco zmieszany. Podczas tej wymiany zdań mogłem im się dokładniej przyjrzeć. Holmes był wysokim, chudym i brązowookim brunetem. Miał na sobie białą koszulę, brązowe spodnie i taką samą kamizelkę. Na wieszaku wisiał jego zielono-brązowy płaszcz. Widać było, że nie dba o swój wygląd. Włosy były potargane a ubranie przybrudzone. Watson był jego zupełnym przeciwieństwem. Też był wysoki i dosyć chudy, ale jego włosy były brązowe, a oczy zielone. Koszula była idealnie biała i wyprasowana, a granatowe spodnie, kamizelka i płaszcz doskonale dopasowane. Można było stwierdzić, że jest starannym i ułożonym człowiekiem.
- Wiadomo, dlaczego się przyjaźnią. – powiedziałem po polsku.
- Dlaczego? – spytała Justyna.
- Bo przeciwieństwa się przyciągają. – odparłem. Parsknęliśmy śmiechem. Mężczyźni spojrzeli na nas równocześnie. Pewnie podejrzewali nas o obgadywanie.
- My się sprzeczamy, a nasi goście czekają. Nie pomyślałeś o tym Watsonie. – zwrócił się Holmes podchodząc do nas. Jego pomocnik odprowadził go wzrokiem i pogroził mu pięścią w milczeniu.
-Jaki jest wasz problem? – spytał detektyw.
- Chcemy, zęby pomógł nam pan w rozwiązaniu tej zagadki. – powiedziałem wyjmując z plecaka teleporter. Położyłem go na stole.
- Czy powie pan co to jest? – spytał Max chytrze. Był pewien, że tego nie wydedukuje. Holmes wziął sprzęt do ręki i wyjął z kieszeni lupę. Obejrzał urządzenie dokładnie, powciskał kilka przycisków i pokręcił pokrętłami.
- To teleporter. Przenieśliście się tu z przyszłości. – odpowiedział po chwili. Popatrzeliśmy po sobie zdziwieni. – Skąd pan wie?- spytała Kasia. Sherlock uśmiechnął się.
- Plotki szybko się rozchodzą. Wszyscy mówią o dziwnych przybyszach, którzy pojawili się znikąd w środku miasta. Te przyciski służą do ustalenia dokładnej lokalizacji i czasu. Te jakby tarcze da się obracać i to nimi ustawia się główne parametry. Próbowaliście nimi kręcić? – Pokręciliśmy głowami.
- Po prostu skakaliście w czasie nie wiedząc gdzie ani kiedy? – Tym razem przytaknęliśmy.
- Spróbujmy więc przestawić… - nie zdołał dokończyć Holmes gdyż raptem świsnęło kilka kul. – Na ziemię! – krzyknął dr Watson. Natychmiast wykonaliśmy jego polecenie.
- Wyjdziemy tylnym wyjściem. – powiedział detektyw biorąc do ręki płaszcz i fajkę. Skierował się w stronę wyjścia. Podążyliśmy za nim. Sherlock prowadził nas sobie tylko znanymi trasami. Przemykaliśmy cicho uliczkami z dala od centrum miasta. W końcu zatrzymaliśmy się w jakieś wnęce.
- Kim byli ci ludzie? – spytała przestraszona Kasia.
- Nieważne. Każdy ma swoich wrogów. Teraz musicie to zrobić. Przenieście się. – odpowiedział Holmes.
- Ale co będzie z wami?- spytała Justyna.
- Poradzimy sobie. Holmes zna kilka sztuczek. – uspokoił nas dr Watson. Spojrzałem na urządzenie. Przycisk świecił na zielono. Złapaliśmy się za ręce.
- Jest nam miło, ze mogliśmy was poznać. I dziękujemy za pomoc. – powiedziałem. Położyliśmy palce na przycisku.
- Nam też było miło. – odpowiedział Watson. Wcisnęliśmy guzik.



*cytat z filmu "Sherlock Holmes"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po dłuuuuuuuuuuugiej przerwie wracam do pisania :)
Następny rozdział już na kartce, więc za niedługo się pojawi ;**

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział 11


~Justyna ~

- Ała, uderzyłam się w łokieć! – powiedziałam. Rozejrzeliśmy się. Siedzieliśmy na jakieś ulicy wybrukowanej kostką. Wokół nas stali jacyś ludzie i bacznie się nam przyglądali. – Teleporter! – powiedziałam. Franek zreflektował się i schował go do plecaka. Wstaliśmy otrzepaliśmy się i jak gdyby nigdy nic odeszliśmy. Staraliśmy się nie zwracać uwagi na zdziwione spojrzenia. – Dobra, ciekawe gdzie teraz jesteśmy? – spytał Max. – Myślę, że jesteśmy w Londynie w czasach wiktoriańskich. – powiedziałam. Inni spojrzeli na mnie zdziwieni. – No co? Interesuję się trochę historią. Czytałam nieco na ten temat. – odrzekłam. – Skąd wiesz? – spytała Kasia z lekkim podziwem. – W tej epoce wszystko jest takie mroczne i tajemnicze. Ludzie ubierają się na czarno, nikt nie chce się wyróżniać. Czujecie tą atmosferę? – powiedziałam. Aura była niezbyt przyjemna. Cały czas miałam wrażenie, że jakiś morderca albo inny złoczyńca czeka za rogiem. Uczucie potęgowała mgła, która spowijała całe miasto. Jakby tego było mało ludzie patrzyli na nas jak na ufoludków. W sumie, nie było się czemu dziwić. Wszyscy wyglądali jednakowo. W przypadku mężczyzn ciemne spodnie, garnitury i peleryny oraz czarne cylindry, w przypadku kobiet – brunatne bądź szarawe suknie. My mieliśmy na sobie dżinsy i bluzy. Co do obuwia to conversy i adidasy trochę kontrastowały ze zwykłymi skórzanymi butami. Mimo to nie czuliśmy się zbyt pewnie czując na sobie przy każdym kroku zaintrygowane, pełne pogardy spojrzenia. – Pozwiedzajmy trochę wiktoriański Londyn – zaproponowałam. – Niech będzie. I tak nie mamy nic do roboty. – stwierdził Franek. Przycisk świecił na czerwono. Zaczęliśmy spacerować po mieście. – Hej, chodźmy zobaczyć London Eye.- powiedział Max. Spojrzeliśmy na niego zdziwieni. – No co? – spytał zdziwiony. – Jesteśmy w XIX w... London Eye powstało ponad 100 lat później. – powiedziałam zrezygnowanym głosem. – Aha… - odpowiedział zawstydzony. – Chodźmy zobaczyć Tower Bridge. – zaproponowałam. – Ale jak tam trafimy? – zapytał Max. – Myślę, że właśnie to zrobiliśmy. - powiedział Franek pokazując coś po swojej lewej stronie. Spojrzeliśmy w tamtą stronę. Naszym oczom ukazała się potężna budowla. Nie była ukończona. Trwała właśnie budowa. Widać było uwijających się robotników. – Wow! Ale potężny! Zawsze chciałam go zobaczyć a teraz moje marzenie się spełnia. I to jeszcze w czasie budowy. – wyjęłam komórkę i pstryknęłam kilka zdjęć. Inni zrobili to samo. Pomstowałam w duchu, że nie zabrałam aparatu. Po jakimś czasie poszliśmy dalej. Co chwila mijały nas czarne karoce albo jacyś jeźdźcy. Czasami przejeżdżały nieliczne samochody. Spacerowaliśmy bez celu po mieście. – Zjadłbym coś – powiedział Max. Nagle wszyscy poczuliśmy głód. Nie było w tym nic dziwnego. Zaaferowani teleporterem i podróżami w czasie nie czuliśmy głodu i pragnienia. Ostatnio jedliśmy, gdy odwiedziliśmy czasy prehistoryczne. Kasia poczęstowała nas gumą do żucia. Dało się oszukać pragnienie, ale głód nie mijał. Pozostało nam czekać aż przycisk zrobi się zielony i mieć nadzieję, że trafimy do naszych czasów. Po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Nagle odepchnął mnie jakiś mężczyzna. – Hej! – krzyknęłam oburzona. – I’m sorry! – krzyknął tamten i pobiegł dalej. Patrzeliśmy na niego zdziwieni. Był chudy i wysoki. Gdy odwrócił się aby zobaczyć jak daleko jest jego prześladowca zobaczyliśmy rozbiegane, brązowe oczy i potargane, czarne włosy. Za nim biegł człowiek, nieco różniący się wyglądem. Budowa była mniej więcej podobna, ale charakter najwidoczniej inny. Drugi był zapewne spokojniejszy od pierwszego. Dbał o swój wygląd. Był też bardziej kulturalny. – Excuse me. – przeprosił i pobiegł za tamtym. Na koniec krzyknął jeszcze do niego: - Holmes! Wait! – i zniknął w oddali.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kolejny nuuudny rozdział :P
Następny będzie ciekawszy :)
Tak, Holmes istniał naprawdę! Właśnie to udowadniam xD

Rozdział 10


~ Franek ~

Przypatrywaliśmy się chłopcu. Był ubrany tak jak inni ludzie. Lizał jakaś kolorową szybkę. – Lizak. – pomyślałem. Spojrzeliśmy na siebie.  – A kim ty jesteś? – zapytała przymilnie Justyna. – Zapytałem pierwszy, więc to wy powinniście mi odpowiedzieć pierwsi. – odparł przebiegle. Wymieniliśmy zdziwione spojrzenia. Nie myśleliśmy, że mały okaże się taki bezczelny. – A wiesz, że nie powinieneś się tak odzywać do starszych? – zapytał Max, siląc się na miły ton głosu. – W średniowieczu było to może modne. Teraz wszystko się zmieniło. – odpowiedział chłopak. Zanim zdążyliśmy ją dyskretnie powstrzymać Kasia powiedziała: - Przybywamy z prze... Ała! – moje lekkie kopnięcie w ją w kostkę przyniosło efekt. - … z innego kraju. Mówimy w tym języku, bo teraz język polski jest nieco bardziej popularny niż był w nasz… kiedyś. – powiedziałem, w ostatniej chwili przypominając sobie, że nie powinniśmy się zdradzać. – Zaraz to sprawdzę. – powiedział malec podejrzliwie. Zaczął cos klikać w swoim telefonie. – Chodu! – powiedział Max cicho. Oddaliliśmy się szybkim krokiem, zerkając za siebie. Chłopiec już nie klikał tylko gdzieś dzwonił. – Hmm, ciekawe czy tutaj można wsadzić za kratki za kłamstwo? – zastanawiałem się. – Nie mamy ukończonych 18 lat – powiedziała Justyna. – Mam takie dziwne wrażenie, że to nie ma znaczenia… - powiedziałem z obawą w głosie. Nagle wyrośli przed nami dwaj mężczyźni. Wyglądali jak ci z filmu „Faceci w czerni”. – Państwo pójdą z nami – powiedzieli bardzo, bardzo grubym głosem. – Auć! Chyba coś mi wpadło do oka! – powiedział Max, łapiąc się za nie. Jeden z agentów wyjął jakieś dziwne urządzenie i zaświecił Maxowi do oka. – Nic tam nie masz. Ponawiam prośbę. Proszę, abyście udali się z nami. – powiedział. Staliśmy osłupieni. Po chwili opamiętaliśmy się, odwróciliśmy się i pobiegliśmy przed siebie, nie oglądając się. – Matko! Widzieliście to? Co to w ogóle było?! Myślałem, że on chce mnie zabić! – powiedział chłopak biegnąc. – Nie mam pojęcia. Jakieś promieniowanie… Nawet nie chcę wiedzieć. Do samochodu! – powiedziałem, widząc jak jakaś kobieta wysiadła z ruszoffego samochodu. Wszyscy wskoczyliśmy do środka. Wnętrze było eleganckie, fotele pokrywał skóropodobny materiał. Ja usiadłem na miejscu kierowcy. Kierownica miała kształt wolantu*. Deska rozdzielcza** była czarna, nie było nic widać. – Trzeba go jakoś włączyć! – powiedział Max. – Wiem, wiem! Tylko jak?! – odpowiedziałem. Zaczęliśmy się rozglądać po wnętrzu w poszukiwaniu. – Spróbuj wcisnąć ten czerwony przycisk! Ten z napisem „Locked”! – powiedziała Kasia. Nacisnąłem. Guzik zaświecił się na zielono, a napis zmienił się na „Ready”.  W tym samym momencie na desce rozdzielczej pojawiły się zegary, radio, klimatyzacja i inne funkcje. – OK, teraz jak rozpocząć jazdę? – spytała Kasia. Przyciągnąłem kierownicę do siebie. Pojazd posłusznie ruszył z miejsca. Odepchnąłem ją. Samochód zwolnił. – Już wiem.- powiedziałem i ruszyliśmy. Skręcanie było najłatwiejsze. Kierownica dawała się obracać o 90 stopni w lewo i w prawo. – Prowadziłeś kiedyś samochód?- spytała Justyna podejrzliwie. – Tata czasami daje mi lekcje, ale na zupełnym odludziu. Tutaj może być ciężej. Na szczęście kierowanie jest łatwiejsze. Nie trzeba zmieniać biegów, pewnie jest automat. – odpowiedziałem. – Właściwie to gdzie jedziemy? – spytała Kasia. – Przez jakiś czas będziemy krążyć po mieście, uciekając tym agentom. Poczekamy aż teleporter będzie gotowy i się przeniesiemy. A propos, sprawdźcie, czy już się świeci na zielono. – powiedziałem, podając dziewczynom plecak i klucząc między ulicami. Samochody nie wydawały żadnego dźwięku. Zastanawiałem się, na co są zasilane. – Niestety, cały czas czerwony. – powiedziały, wyjmując urządzenie z plecaka. – No to jeszcze trochę pouciekamy – uśmiechnął się Max. Jazda po mieście bardzo mu się podobała. Co chwila wynajdywał jakieś nowe funkcje i włączał je. Nagle jakiś czarny pojazd wjechał mi przed maskę. Gwałtownie zahamowałem, przyciągając do siebie kierownicę. Z tamtego samochodu wysiedli ci sami mężczyźni, co nas zatrzymali. – O kurczę. Mamy kłopoty! – powiedziałem. – Zielony! Przycisk jest zielony! – krzyknęła Justyna w tym samym momencie, kiedy agent podszedł do naszego pojazdu. Złapaliśmy się za ręce. Dziewczyna nacisnęła przycisk.


*Wolant – najprościej mówiąc kierownica w samolocie. Wygląda TAK 
** Deska rozdzielcza – element wyposażenia samochodu. Naprzeciw kierowcy znajdują się zegary i różne przełączniki, w środkowej części radio, klimatyzacja itp. a po prawej stronie otwory nawiewu, półki i schowki. SPÓJRZ 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po długiej przerwie powracam do żywych xD
Następne rozdziały w najbliższym czasie :)