piątek, 12 lipca 2013

Rozdział 15

~Justyna~

Syknęłam z bólu. Upadając, uderzyłam się w łokieć. Rozejrzałam się. Moi przyjaciele rozcierali różne miejsca. Wyjątkiem był Zawisza Czarny – chroniła go zbroja.
- Co tak śmierdzi? – Spytała Kasia. Spojrzeliśmy na ulicę. Była pokryta czymś brązowoszarym i cuchnęła okropnie.
-Myślę, że rozsądniej byłoby wstać.- Powiedziałam. Wszyscy poderwali się i otrzepali z obrzydzeniem.
- Nie wnikam, co to jest. – Rzekł Max.
- Przynajmniej wylądowaliśmy w średniowieczu. – Powiedziałam.
- Skąd wiesz – zapytał Franek.
- Czytało się to i owo. – Wzięliśmy teleporter i poszliśmy. Tradycyjnie, wszyscy ludzie patrzyli na nas jak na ufoludków. Winowajcą był – jak zwykle – strój. Tutejsze kobiety nosiły suknie z licznymi fałdami, długie pończochy, skórzane trzewiki oraz wysokie czapki zwane hennin. Mężczyźni ubierali wysokie nogawice lub krótkie spodnie i pończochy oraz długie tuniki. Większość osób miała zdobione pasy ozdobione złotymi klamrami. Wszyscy byli niscy i szczupli. Używali perfum, które maskowały brzydki zapach ciała.
- Właściwie, to gdzie my idziemy? – Zapytał Max.
- Odprowadzimy gdzieś Zawiszę i poczekamy, aż teleporter się naładuje. – Odparła Justyna. Nagle zza rogu wyszła jakaś grupa ludzi. Byli ubrani nieco lepiej niż inni. Zatrzymali się przed nami i popatrzyli na Zawiszę.
- Zawisza! – Wykrzyknęli (byli chyba pijani).
- Towarzysze! – Odkrzyknął wojak i poszedł gdzieś z nimi zostawiając nas na ulicy. Próbował nas ze sobą zabrać, ale jego przyjaciele zagarnęli go i zaprowadzili gdzieś. Zatkało nas.
- Może chodźmy za nimi, co? I tak musimy poczekać. – Zaproponowała Kasia. Nie był to zły pomysł. Podążaliśmy za mężczyznami aż dotarliśmy do jakiegoś domu. W środku było chyba jakieś przyjęcie, bo dobiegały stamtąd różne śmiechy i chichy. Po powitaniu rycerza (który zapewne został uznany za zaginionego) goście zaczęli ucztować. Na stół wniesiono przeróżne pieczenie, rolady, owoce i inne smaczne rzeczy. Gdyby nie to, że jakiś czas temu napchaliśmy się hamburgerami, pewnie bylibyśmy teraz naprawdę głodni.  Ku zdziwieniu moich przyjaciół ludzie jedli palcami, a jako talerzy używali grubych, okrągłych kromek chleba. Niektórzy ludzie rzucali resztki psom, które wałęsały się po pomieszczeniu. Wyjaśniłam towarzyszom, że to co oni robią jest najzupełniej normalne i w tym okresie każdy tak robi. Wyszliśmy na zewnątrz. Zaczęliśmy spacerować po mieście. Po drodze opowiadałam ciekawostki o rycerzach i średniowieczu. Nagle, ktoś wychylił się z okna i wylał z wiadra coś na ziemię. Nie pachniało jak róże. Wręcz przeciwnie. To były najprawdziwsze ścieki.
- To też jest normalne? – Zapytał zielony na twarz Max.
- Niestety tak. – Odpowiedziałam niepewnie. – Myślę, że to, po czym chodzimy ma podobną zawartość. – Wszyscy momentalnie pobladli.
- Wiecie co? Ja bym już się zmywała. Zrobiło mi się niedobrze. – Rzekła Kasia.

- Podpisuję się obiema rękami. – Odparł zniesmaczony Franek. Wyjął z plecaka teleporter. Przycisk świecił na zielono. Złapaliśmy się za ręce i wcisnęliśmy przycisk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wracam po przerwie :)
Postaram się dodawać rozdziały regularnie ;*
Komentować!!!! ;)

1 komentarz:

  1. No! I to ja rozumiem! :D Czekam na więcej!
    (teraz mnie nie będzie, ale chętnie spróbuję z Maczu Piczaczu XD

    OdpowiedzUsuń