sobota, 16 listopada 2013

Zawieszam

Długo się nad tym zastanawiałam i w końcu to postanowiłam.
Zastanawiałam się, czy definitywnie z tym nie skończyć. Mam mało czytelników, rzadko ktoś tu zagląda. Stwierdziłam jednak, że pewne osoby by mi tego chyba nie wybaczyły, dlatego na razie zaprzestaję dodawać nowe rozdziały. Ostatni dodałam ponad 3 miesiące temu i utknęłam. Nie mam weny; pomysły na nowe miejsca są, ale brak tych, na rozwinięcie.
Może wrócę po Świętach, może w ferie, a może dopiero w wakacje. Jednak to, że nie będę nic dodawać nie znaczy, że nie będę pisać. Postaram się pisać rozdziały, a gdy już wrócę, to dodam od razu kilka.
A więc, na razie żegnajcie, ale nie martwcie się - wrócę na pewno ;)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 16


~Kasia~

- Hmm, jak miło, nawet miękko wylądowaliśmy. – Powiedział Max. Miał rację. Siedzieliśmy na dywanie. Czerwonym. Długim. I, nie wiedzieć czemu, co chwilę coś błyskało. Było słychać jakieś szepty.
- Chwila, chwila. CZERWONY dywan? – Do mojego umysłu (który w tamtym momencie chyba nie pracował na normalnych obrotach) zaczęła się dobijać pewna niedorzeczna myśl. – Czerwony dywan jest przecież na wszystkich ważnych imprezach. –  Dookoła nas stali jacyś fotografowie, którzy bezustannie robili zdjęcia. Nikt z nas nie miał sensownej miny. Ja miałam buzię otwartą tak, że spokojnie połknęłabym w całości jabłko, Franek i Max mieli oczy wielkości małego budzika, a Justyna gapiła się z miną pt.: „Co tu się dzieje?!” Obróciłam się. Przede mną stał jakiś dosyć wysoki facet w galowym garniturze i przychlądał się ze zdziwieniem. Przechyliłam głowę na bok.
- Skądś go znam…. – Pomyślałam. – To jest ten, no …. Russell Crowe! – Uśmiechnęłam się. Po chwili mina mi zrzedła. – Co on tu robi? – Odwróciłam się znowu. Tym razem uśmiechała się do mnie Anne Hathaway. Poczułam się słabo i złapałam się za głowę. Podszedł do mnie Hugh Jackman i spytał:
- Are you OK?* - Upadłam na ziemię. Poczułam jeszcze, że ktoś mnie przytrzymuje. Obróciłam głowę i zobaczyłam Franka, a obok resztę przyjaciół. Wyszeptałam jeszcze:
- Patrz, Wolverine**… - I zemdlałam.
***
Parę minut wcześniej

 ~Franek~

Rozglądaliśmy się dookoła. Wszędzie stali fotografowie z dużymi lustrzankami. Robili nam zdjęcia. Zatkało nas. Na pewno nie mieliśmy mądrych min. Po chwili zaczęło docierać do mnie, gdzie jesteśmy.
- Czy … Czy to jest …. Czerwony dywan? Gala rozdania Oscarów? – Wydukał Max do mojego ucha.
- Nie, jesteśmy u cioci na imieninach. – Odszepnąłem ironicznie.
- Czyli … tak? – Mojemu koledze w tym momencie chyba odbiło.
- No przecież! Myślisz, że czemu są tutaj te wszystkie gwiazdy? – Otaczali nas aktorzy i aktorki światowej klasy.
- Może chcieli się ze sobą spotkać?... –  Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy nadmiar podróży w czasie zaszkodził koledze.
Palnąłem się otwartą dłonią w czoło. – Taa, jasne. A tych paparazzi zaprosili, żeby mieć zdjęcia do albumów rodzinnych, tak? –
- No może… -
- Macie coś do pisania? – Spytała się nas Justyna. Pokręciłem głową. Max cały czas gapił się w dal z miną typu: „Uciekłem z Wariatkowa”. – Kurczę, tylu fajnych ludzi, a ja nie mam nawet ołówka. My to mamy szczęście… -
- Life is brutal. Który to może być rok? – Spytałem, rozglądając się. – Ci reporterzy mają dosyć nowoczesne aparaty. –
- Myślę, że to Gala z tego roku. A ja zarywałam noc, żeby ją obejrzeć… -
- Pewnie i tak by nas nie wpuścili. –
Rozejrzałem się. Mój wzrok zatrzymał się na Kasi. Nie wyglądała najlepiej. Trzymała się za głowę i wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć. Zachwiała się na nogach. Podbiegłem do niej i przytrzymałem ją zanim upadła.
- Patrz, Wolverine… - powiedziała cicho.
- Co? Czytasz komiksy?! – Spytałem zdziwiony. Nie usłyszała mnie. Leżała bezwładnie. Zwróciłem się do jakiegoś faceta, który właśnie podszedł: - Can you help me?***

* Wszystko w porządku?
*** -  Czy może mi Pan pomóc?
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wracam do pisania :)
Postaram się dodawać coś regularnie, ale nie obiecuję ;)

piątek, 12 lipca 2013

UWAGA! OGŁOSZENIE!

A więc jeśli wchodzisz na mojego bloga powinieneś/powinnaś zajrzeć również na te:
http://babeczki-szopa-pracza.blogspot.com/ Najlepszy blog o babeczkach ever!!!
http://oni-konie.blogspot.com/ Coś o czworonożnych pięknościach :)

Miłego czytania :**

PS: Trochę reklam musi być :) Ale nie martwcie się, w Polsat albo w TVN się nie zmienię xD

Rozdział 15

~Justyna~

Syknęłam z bólu. Upadając, uderzyłam się w łokieć. Rozejrzałam się. Moi przyjaciele rozcierali różne miejsca. Wyjątkiem był Zawisza Czarny – chroniła go zbroja.
- Co tak śmierdzi? – Spytała Kasia. Spojrzeliśmy na ulicę. Była pokryta czymś brązowoszarym i cuchnęła okropnie.
-Myślę, że rozsądniej byłoby wstać.- Powiedziałam. Wszyscy poderwali się i otrzepali z obrzydzeniem.
- Nie wnikam, co to jest. – Rzekł Max.
- Przynajmniej wylądowaliśmy w średniowieczu. – Powiedziałam.
- Skąd wiesz – zapytał Franek.
- Czytało się to i owo. – Wzięliśmy teleporter i poszliśmy. Tradycyjnie, wszyscy ludzie patrzyli na nas jak na ufoludków. Winowajcą był – jak zwykle – strój. Tutejsze kobiety nosiły suknie z licznymi fałdami, długie pończochy, skórzane trzewiki oraz wysokie czapki zwane hennin. Mężczyźni ubierali wysokie nogawice lub krótkie spodnie i pończochy oraz długie tuniki. Większość osób miała zdobione pasy ozdobione złotymi klamrami. Wszyscy byli niscy i szczupli. Używali perfum, które maskowały brzydki zapach ciała.
- Właściwie, to gdzie my idziemy? – Zapytał Max.
- Odprowadzimy gdzieś Zawiszę i poczekamy, aż teleporter się naładuje. – Odparła Justyna. Nagle zza rogu wyszła jakaś grupa ludzi. Byli ubrani nieco lepiej niż inni. Zatrzymali się przed nami i popatrzyli na Zawiszę.
- Zawisza! – Wykrzyknęli (byli chyba pijani).
- Towarzysze! – Odkrzyknął wojak i poszedł gdzieś z nimi zostawiając nas na ulicy. Próbował nas ze sobą zabrać, ale jego przyjaciele zagarnęli go i zaprowadzili gdzieś. Zatkało nas.
- Może chodźmy za nimi, co? I tak musimy poczekać. – Zaproponowała Kasia. Nie był to zły pomysł. Podążaliśmy za mężczyznami aż dotarliśmy do jakiegoś domu. W środku było chyba jakieś przyjęcie, bo dobiegały stamtąd różne śmiechy i chichy. Po powitaniu rycerza (który zapewne został uznany za zaginionego) goście zaczęli ucztować. Na stół wniesiono przeróżne pieczenie, rolady, owoce i inne smaczne rzeczy. Gdyby nie to, że jakiś czas temu napchaliśmy się hamburgerami, pewnie bylibyśmy teraz naprawdę głodni.  Ku zdziwieniu moich przyjaciół ludzie jedli palcami, a jako talerzy używali grubych, okrągłych kromek chleba. Niektórzy ludzie rzucali resztki psom, które wałęsały się po pomieszczeniu. Wyjaśniłam towarzyszom, że to co oni robią jest najzupełniej normalne i w tym okresie każdy tak robi. Wyszliśmy na zewnątrz. Zaczęliśmy spacerować po mieście. Po drodze opowiadałam ciekawostki o rycerzach i średniowieczu. Nagle, ktoś wychylił się z okna i wylał z wiadra coś na ziemię. Nie pachniało jak róże. Wręcz przeciwnie. To były najprawdziwsze ścieki.
- To też jest normalne? – Zapytał zielony na twarz Max.
- Niestety tak. – Odpowiedziałam niepewnie. – Myślę, że to, po czym chodzimy ma podobną zawartość. – Wszyscy momentalnie pobladli.
- Wiecie co? Ja bym już się zmywała. Zrobiło mi się niedobrze. – Rzekła Kasia.

- Podpisuję się obiema rękami. – Odparł zniesmaczony Franek. Wyjął z plecaka teleporter. Przycisk świecił na zielono. Złapaliśmy się za ręce i wcisnęliśmy przycisk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wracam po przerwie :)
Postaram się dodawać rozdziały regularnie ;*
Komentować!!!! ;)

niedziela, 9 czerwca 2013

Rozdział 14


~Kasia~

- Wszyscy cali? – spytałam po dość twardym lądowaniu.
- Nie. – powiedział Max z przekąsem. – Wtedy było na trawę, to teraz musi być beton. –
- Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. – pocieszyła go Justyna.
- Szanowni towarzysze, czy rzeklibyście mi gdzie jesteśmy? – powiedział jakiś męski głos.
- Co? - spytał Max zdziwiony. Odwróciliśmy się. Przed nami na pięknym i potężnym karym koniu siedział rycerz w lśniącej, czarnej zbroi.
- Kto to jest? – spytałam Justynę szeptem.
- Zawisza Czarny. – westchnęła.
- Jeszcze jego tu brakowało. – powiedział Max.
- Gdzie mógłbym napoić mego wierzchowca? – zapytał.
- Musimy się naradzić. Racz poczekać ….. yyyymm ….. dostojny … panie. –wydukał Franek.
- „Racz poczekać dostojny panie”? Odbiło ci?! – rzekł Max zdziwiony.
- A co, miałem powiedzieć „Siema ziomal! Czekaj mołment po pogadać musimy”? – odparł.
- Chłopaki! Musimy coś wymyślić. – przywołałam ich do porządku.
- Najpierw zajmijmy się jego ubraniem. Potem zajmiemy się koniem. Znam jedną panią, która ma stadninę. – zaproponowała Justyna.
- Dobry pomysł. A w ogóle gdzie i kiedy jesteśmy? – spytałam.
- To jest najgorsze. Wydaje mi się, że gdzieś we współczesności, ale nie możemy tu zostać, bo musimy go odeskortować do tamtych czasów. – odrzekł Fanek. – Nie zostawimy go. Prawda Max? – Ten przytaknął niechętnie. Odwróciliśmy się. Opowiedzieliśmy mężczyźnie o naszym planie siląc się na archaistyczny ton. Ten zgodził się. Po drodze wszyscy ludzie oglądali się za nami i rzucali zdziwione spojrzenia. Niektórzy komentowali szeptem. Ustaliliśmy, że pójdziemy do domu Justyny i tam go przebierzemy. Gdy dotarliśmy na miejsce dziewczyna rozejrzała się.
- OK. Wejdę do środka a wy… - nie skończyła bo…
- A kogo tu sprowadziłaś?- powiedziała Mama Justyny. Zupełnie nas zaskoczyła. Jej córka uratowała sytuację.
- To są moi przyjaciele. Wcześniej skończyliśmy dziś lekcje. A ten pan to … eee …. Pan z kółka historycznego. Miał dzisiaj rekonstrukcję jakieś bitwy. Przyszliśmy razem bo … chcieliśmy razem odrobić pracę domową, a ten pan …. strasznie chciało mu się pić, a nie mieliśmy pieniędzy. Więc …. no.-
- Proszę wejdźcie do środka.- Justyna dała nam dyskretny znak ręką, żeby nie wchodzić.
- Nie, nie, dziękujemy. Poczekamy tutaj. Prosimy tylko o jakieś picie. – powiedział Franek. Spojrzał w bok i zrobił wielkie oczy. Podszedł do Maxa i ostrożnie schował butelkę wody z zewnętrznej kieszeni jego plecaka i włożył ją do środka.
 - Gdzie masz ten zeszyt od angielskiego? Muszę coś sprawdzić. – chłopak udał, że szuka czegoś w środku.
- Co? – spytał zdziwiony. Franek dał mu kuksańca w żebra.
- Aaa, tam jest. –spiorunował go wzrokiem. Justyna i jej mama weszły do domu. Po chwili wyszły. Kobieta trzymała szklankę z sokiem a dziewczyna miała bardzo wypchany plecak.
- Ubrania. – pomyślałam. – Oby pasowały! –
- Dziękuję ci, o pani. Wyśmienity napitek. Doskonale gasi pragnienie. – powiedział wojak i pocałował jej rękę. Zarówno ona jak i my byliśmy skamieniali.
- Wczuł się w rolę. – wymyślił Franek uśmiechając się uprzejmie. Jego uśmiech zazwyczaj łagodził wszelkie konflikty i kłopotliwe sytuacje. Tutaj też zadziałało. Kobieta uspokoiła się. Chyba zaczynała coś podejrzewać.
- To my już pójdziemy. Odprowadzimy pana do szkoły. – Pożegnaliśmy się i odeszliśmy.
- Ale nam się udało. – odsapnął Max z ulgą.
- No, całe szczęście. Chodźmy teraz napoić jego konia. – powiedziałam. Po drodze zaczęliśmy gadać o teleporterze.
- Czemu tak długo się ładuje? – zapytałam.
- Ostatnio intensywnie go używaliśmy. Pewnie trochę to potrwa. Zastanawiam się, czy to nam jakoś nie zaszkodzi. – odpowiedział Franek. Nikt nie umiała odpowiedzieć. Skierowaliśmy kroki do mojego domu. Zapewniłam, że nikogo tam nie ma. Pojawił się za to inny problem. Przekonanie psów, że Zawisza i chłopacy to przyjaciele, a nie złodzieje, którzy chcą okraść nasz dom nie było łatwe. Potrwało to 15 minut a przydatne okazały się psie przysmaki. Później chłopcy zaprowadzili rycerza do łazienki i pomogli mu się przebrać. Po jakimś czasie wyszli z minami „To nie miało być tak.”. Za nimi z pomieszczenia wyszedł mężczyzna. Dżinsy i koszulka były bardzo obcisłe a nadruk….
- „Invincible Iron Man”? – spytałam z powątpiewaniem. – I do tego wygląda jak ABS*. -
-No co?  To stary t-shirt mojego taty. I w sumie to trochę prawda. – obroniła się Justyna.
- Nie, nadruk spoko. Ale rzeczywiście wygląda jak jakiś kark.- stwierdził Max.
- Lubisz Iron Mana? Ja wolę Hulka, ale on też jest spoko. – powiedział Franek.
- Zielony stwór też jest ekstra. A znasz…. –
- Ogarnijcie się! – przerwałam chłopcom pogadankę o komiksach. – Chodźmy do tej stajni. – W stadninie napoiliśmy wierzchowca. Niestety pojawił się problem, a zaraz potem drugi. Po pierwsze poczuliśmy głód. Po drugie rycerz nie chciał za nic rozstać się ze swoim czworonożnym towarzyszem.
- Nie możemy go tu zostawić. Jak ktoś go zagadnie to będzie nieciekawie. Musimy go wziąć ze sobą. – rzekł Franek. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby iść do któregoś z naszych domów, więc postanowiliśmy zatrzymać się w McDonalds’ie. Konia zostawiliśmy na zewnątrz. Na jego grzbiecie, do siodła przywiązaliśmy kartkę z napisem: „UWAGA! KOPIĘ I GRYZĘ!”. Weszliśmy do knajpy i złożyliśmy zamówienie.
***
40 minut później
- Czy mógłbym jeszcze jedną mięsną kanapkę? – zapytał rycerz.
- Kupię od razu trzy. – powiedział Max wstając od stołu.
- To będzie jego szósty hamburger! – powiedziałam zaskoczona.
- No cóż… - stwierdził Franek. Cały stolik był zapełniony papierkami. Wszyscy mieliśmy już dosyć, a wojak cały czas jadł. Nagle Justyna spojrzała w okno i otworzyła szeroko oczy.
- Chodźmy stąd. Teleporter gotowy?- powiedziała nerwowo.
- Gotowy. – Franek spojrzał na urządzenie. Przycisk świecił na zielono. – Co się stało?-
- Ciocia Leokadia. – odrzekła dziewczyna. – Jak nas zobaczy to posiedzimy tu do jutra. – Pozbieraliśmy się pospiesznie. Złapaliśmy się za ręce.
- O Justynka! Niech cię uściskam! – usłyszeliśmy piskliwy głos. Wcisnęliśmy przycisk.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Obiecywałam długi i jest długi :)
Mam nadzieję, że wam się podoba. Jeśli tak, to komentujcie.
Buziaki ;**

środa, 29 maja 2013

Rozdział 13

~Max~

-Ała!- krzyknęła Kasia, uderzając w ziemię z dużej wysokości, a zawtórowała jej Justyna, która masowała obolałą kostkę.
- O jaka miła odmiana! Tym razem wylądowaliśmy na trawie. –powiedziałem, ale kiedy spróbowałem wyprostować kręgosłup, jęknąłem z bólu.
- Ciekawe tylko, gdzie dokładnie. –rzekł Franek.
- Mam nadzieję, że wylądowaliśmy we współczesności, bo…- nie dokończyłem.
- Na Grunwald!!! – zawołał ktoś.
- Co ci odwala? Franek, mów normalnie. – powiedziałem zdziwiony krzykiem kolegi.
- Ja nic nie…- on też był zaskoczony.
- Angreifen!!!*- krzyknął jakiś inny głos.
- Co u licha?!- powiedziałem.
- Kto tak krzyczy? – spytała Kasia. Wtedy się zorientowaliśmy. Z obu stron nadciągały armie. Nie wyglądały przyjaźnie.
- No nie! Czy my zawsze musimy wylądować w jakimś dziwnym miejscu? – spytała Kasia wznosząc oczy ku niebu.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? I kiedy?- spytałem.
- Prawdopodobnie 15 lipca 1410 roku. Wieś Grunwald. –odpowiedziała Justyna.
- Bitwa pod Grunwaldem. –powiedzieliśmy wspólnie, a nasze twarze momentalnie zbladły.
- Gdzie teleporter?!- byłem nieco przestraszony.
- Jak to gdzie? A ty go nie masz?-spytała przerażona Justyna.
- Nie… No co tak siedzicie, ruszcie się i zacznijcie go szukać!-krzyknęła Kasia. Wszyscy rzuciliśmy się i zaczęliśmy buszować w trawie. Tętent kopyt był już bardzo wyraźny, a szczęk zbroi coraz głośniejszy…   -    -Dobra, mam go! O kurczę! –odparł Franek.
- Co?- spytaliśmy wspólnie.
- Przycisk. Jest czerwony. – odparł Franek zduszonym głosem.
- No to jedwabiście. Zginiemy pod kopytami. I to jeszcze pewnie tymi niemieckimi. Nawet nie zdążyłem napisać testamentu. –lamentowałem.
- Nie narzekaj. Chodźcie, może uda nam się trochę odbiec.
–Zaczęliśmy biec. Wojska zbliżały się, a przycisk za nic nie chciał zmienić koloru.
- Nie mogę już biec. Padam. Kostka mi nawala – wysapała Justyna.
- No tak, biegliśmy przecież też z Holmesem. – odrzekła Kasia. Zwolniliśmy nieco, a ja złapałem Justynę z jednej strony, a Franek z drugiej. Nagle, gdy armie były już naprawdę blisko, przycisk zalśnił na zielono.       -Hej! Patrzcie! – zawołał Franek. Złapaliśmy się pospiesznie za ręce.
- Ała! Uważaj, będę miała siniaki – krzyknęła Kasia, lecz z ulgą mocniej uścisnęła nasze dłonie i razem nacisnęliśmy przycisk. Otoczenie zaczęło się rozmywać, a jeździec w czarnej zbroi na majestatycznym karym koniu, omal nas nie stratował i....

*Angreifen! (niemiecki) - Do ataku! ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tym razem trochę krótko, ale następnym razem będzie dłuższy

Rozdział 12


~ Franek ~

- Chodźcie, pobiegnijmy za nim! Może nam pomóc rozwiązać zagadkę! – powiedziałem i pobiegłem. Reszta podążyła za mną.
- Właściwie to czemu za nim gonimy?- spytał zdyszany Max.
-To Sherlock Holmes! Mistrz dedukcji. Może nam pomóc rozwiązać zagadkę teleporter!- powiedziałem.
- A jeśli to zbieżność nazwisk?- Max nie dawał za wygraną.
- A jeśli nie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Dogoniliśmy drugiego mężczyznę i spytałem go po angielsku, biegnąc.
- Przepraszam, pan to doktor Watson?-
- Skąd wiesz? – spytał zdziwiony.
- Obiło mi się o uszy… Dlaczego goni pan za swoim przyjacielem? – spytałem.
- Przyjacielem? Ładny mi przyjaciel… Znowu wziął moje pieniądze „na przechowanie”. Holmes, stój! Wredny typ… - Nagle Sherlock skręcił w lewo i wbiegł do jakiegoś domu. Podążyliśmy za nim. Spojrzałem na ścianę. Była tam przytwierdzona tabliczka z napisem „Baker ST 221b”. Weszliśmy do środka rozglądając się. Mieszkanie było dwupiętrowe. Na górę wiodły schody z ręcznie rzeźbioną poręczą. Podłoga była drewniana, przykrywał ją wzorzysty dywan. Na ścianach wisiały jakieś obrazy. Na podłodze stał mały stolik a na nim w wazonie prezentowały się kwiaty. Weszliśmy za doktorem na górę. Podszedł on do jakiś drzwi. Zapukał i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Podążyliśmy za nim do środka. Na podłodze leżały porozrzucane ubrania a na stoliku pod oknem stały specjalistyczne przyrządy.
- Ale bałagan…- powiedział Max.
- No, nawet u mnie tak nie ma. – odpowiedziałem.
- Zdaje mi się, że przyszliście do mnie po poradę, a nie po to, żeby narzekać na bałagan. – wyszeptał Holmes wprost do ucha Maxa. Chłopak odskoczył jak oparzony. Wszyscy byliśmy przestraszeni. Sherlock zaśmiał się złośliwie. Pojawił się znikąd.
- Dlaczego za mną goniłeś przyjacielu?- zwrócił się detektyw do Watsona, przykładając mu do policzka smyczek, który trzymał w ręce.
- Bo zabrałeś moje pieniądze „przyjacielu”. I zabierz to. – odpowiedział.
- Nie dałem Ci tego. –
- Weź to, czego mi nie dałeś.- *
Holmes odsunął smyczek nieco zmieszany. Podczas tej wymiany zdań mogłem im się dokładniej przyjrzeć. Holmes był wysokim, chudym i brązowookim brunetem. Miał na sobie białą koszulę, brązowe spodnie i taką samą kamizelkę. Na wieszaku wisiał jego zielono-brązowy płaszcz. Widać było, że nie dba o swój wygląd. Włosy były potargane a ubranie przybrudzone. Watson był jego zupełnym przeciwieństwem. Też był wysoki i dosyć chudy, ale jego włosy były brązowe, a oczy zielone. Koszula była idealnie biała i wyprasowana, a granatowe spodnie, kamizelka i płaszcz doskonale dopasowane. Można było stwierdzić, że jest starannym i ułożonym człowiekiem.
- Wiadomo, dlaczego się przyjaźnią. – powiedziałem po polsku.
- Dlaczego? – spytała Justyna.
- Bo przeciwieństwa się przyciągają. – odparłem. Parsknęliśmy śmiechem. Mężczyźni spojrzeli na nas równocześnie. Pewnie podejrzewali nas o obgadywanie.
- My się sprzeczamy, a nasi goście czekają. Nie pomyślałeś o tym Watsonie. – zwrócił się Holmes podchodząc do nas. Jego pomocnik odprowadził go wzrokiem i pogroził mu pięścią w milczeniu.
-Jaki jest wasz problem? – spytał detektyw.
- Chcemy, zęby pomógł nam pan w rozwiązaniu tej zagadki. – powiedziałem wyjmując z plecaka teleporter. Położyłem go na stole.
- Czy powie pan co to jest? – spytał Max chytrze. Był pewien, że tego nie wydedukuje. Holmes wziął sprzęt do ręki i wyjął z kieszeni lupę. Obejrzał urządzenie dokładnie, powciskał kilka przycisków i pokręcił pokrętłami.
- To teleporter. Przenieśliście się tu z przyszłości. – odpowiedział po chwili. Popatrzeliśmy po sobie zdziwieni. – Skąd pan wie?- spytała Kasia. Sherlock uśmiechnął się.
- Plotki szybko się rozchodzą. Wszyscy mówią o dziwnych przybyszach, którzy pojawili się znikąd w środku miasta. Te przyciski służą do ustalenia dokładnej lokalizacji i czasu. Te jakby tarcze da się obracać i to nimi ustawia się główne parametry. Próbowaliście nimi kręcić? – Pokręciliśmy głowami.
- Po prostu skakaliście w czasie nie wiedząc gdzie ani kiedy? – Tym razem przytaknęliśmy.
- Spróbujmy więc przestawić… - nie zdołał dokończyć Holmes gdyż raptem świsnęło kilka kul. – Na ziemię! – krzyknął dr Watson. Natychmiast wykonaliśmy jego polecenie.
- Wyjdziemy tylnym wyjściem. – powiedział detektyw biorąc do ręki płaszcz i fajkę. Skierował się w stronę wyjścia. Podążyliśmy za nim. Sherlock prowadził nas sobie tylko znanymi trasami. Przemykaliśmy cicho uliczkami z dala od centrum miasta. W końcu zatrzymaliśmy się w jakieś wnęce.
- Kim byli ci ludzie? – spytała przestraszona Kasia.
- Nieważne. Każdy ma swoich wrogów. Teraz musicie to zrobić. Przenieście się. – odpowiedział Holmes.
- Ale co będzie z wami?- spytała Justyna.
- Poradzimy sobie. Holmes zna kilka sztuczek. – uspokoił nas dr Watson. Spojrzałem na urządzenie. Przycisk świecił na zielono. Złapaliśmy się za ręce.
- Jest nam miło, ze mogliśmy was poznać. I dziękujemy za pomoc. – powiedziałem. Położyliśmy palce na przycisku.
- Nam też było miło. – odpowiedział Watson. Wcisnęliśmy guzik.



*cytat z filmu "Sherlock Holmes"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po dłuuuuuuuuuuugiej przerwie wracam do pisania :)
Następny rozdział już na kartce, więc za niedługo się pojawi ;**